Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 lipca 2013

Wojna Światowa Z

Wprawdzie z pewnym opóźnieniem (na szczęście nie siedmioletnim jak w wypadku "28 tygodni później"), ale piszę recenzję "World War Z". Zwłoka, słowo wyjątkowo pasujące do tego typu filmów, wynika tutaj tylko i wyłącznie z mojego lenistwa, bo produkcję poszedłem obejrzeć o trzynastej w dzień jego polskiej premiery.
Jest niezły. Brad Pit niestety ewidentnie zagrał dla pieniędzy, bo nie wytworzył żadnej ciekawej postaci. Był tutaj niestety ładnym twardzielem, który wszystko zrobi dla swojej rodziny. Archetyp postaci, który w kinematografii jest tak zajechany i rozjechany, że aż się źle robi.

niedziela, 30 czerwca 2013

28 tygodni później

Do kontynuacji filmów nic nie mam, ale sequeli staram się unikać jak ognia. Czym to się różni? Kilkoma bardzo prostymi szczegółami, szczególikami można powiedzieć. O kontynuacji mówię jeśli film przedstawia dalsze losy postaci i jednocześnie unika powielania schematów przedstawionych w części pierwszej. Takich filmów jest bardzo mało, ale wydaje mi się, że z czystym sumieniem można do nich zaliczyć cykl "Iron man'a" Bez żadnego zastanawiania się za kontynuację można też uznać dwie ostatnie części "Władcy Pierścieni".
Sequel stara się za wszelką cenę odnieść sukces części pierwszej. Musi w nich dochodzić do bardzo podobnych sytuacji. Jeśli w pierwszej części główny, zawadiacki bohater kłócił się ze swoim teściem, w części drugiej również będzie darł z nim koty, ale jest spora szansa, że zostanie przez scenarzystów z mężem swojej żony skuty kajdankami.

niedziela, 19 maja 2013

12 krzeseł

Znajoma mi powiedziała, że ta książka jest na podobnym poziomie śmieszności co Szwejk. "Jezu, jakie oni tam jaja odwalają, to sobie nawet nie wyobrażasz." mówiła. I tak zacząłem czytać "12 krzeseł" Ilji Ilfa i Eugeniusza Pietrowa.
No, jest śmieszne, momentami. Nielicznymi nawet bardzo. Niestety dużo jest też takich fragmentów, kiedy książka jest nudna, albo zwyczajnie nijaka. Może zbyt dużo już widziałem, może zbyt dużo wymagam? Może dlatego nie robią na mnie, aż tak wielkiego wrażenia nie robią na mnie dokonania jednego z głównych bohaterów - Ostapa Bendera? (Duet Ilf i Pietrow w wielu miejscach jest opisywany jako przykład najwyższych lotów satyry.)

piątek, 3 maja 2013

Recenzja "Out of Towners."

Długo mnie tutaj nie było, spory kawał czasu, bo prawie pół roku nic na tego bloga nie dopisałem, ale chyba zaczęło mi go brakować, zacząłem tęsknić do nieskrępowanej wolności pisania tego na co mi przychodzi ochota, bez ryzyka, że ktoś to przeczyta i będzie oceniał mnie jako mnie. Myślę, że po powrocie skończę z pisanymi lekko na siłę poradami: jak pisać. Poczekam z udzielaniem ich, aż stanę się na tyle dobry i znany, że ktoś mnie o to będzie pytał.

A tymczasem: wczoraj obejrzałem film, do którego scenariusz napisał Neil Simons. Dwa do tej pory obrazy obejrzane przeze mnie, a nakręcone przez kogo innego, na podstawie jego historii, były świetne (Mam na myśli: "Słonecznych chłopców" i "Dziwną parę.") Wczorajszy - "Out of towners" (polski tytuł mnie nie obchodzi) był taki sobie. Sam nie wiem, co mam na jego temat myśleć.
Niby cieszyło mnie to, że fabuła i ujęcia są uporządkowane zupełnie inaczej, niż by to miało miejsce we współcześnie zrealizowanym filmie, ale nie zmienia to faktu, że historia jest lekko do dupy.

sobota, 26 stycznia 2013

"Morze utraconych opowiadań" recenzja

No i co ja mam z panem zrobić mistrzu Marquez? Napisał pan do tej pory jedną książkę moim zdaniem genialną, kilka naprawdę niezłych i kilkach, których nie warto nawet dotykać końcem kija, bo odpychają swoją dziwacznością, chaosem i aspiracjami do nie wiadomo jak wysokiej literatury.
Wie pan, mistrzu Marquez, przeczytałem ostatnio pana felietony, w liczbie w jakiej się tego typu publicystyki czytać nie powinno, bo ponad setkę jednym ciągiem.
Część mi się podobała, część trochę przynudzała, części nie zrozumiałem, bo dotyczyły sytuacji politycznej Karaibów trzydzieści lat temu.

środa, 9 stycznia 2013

Recenzja "The Avengers"


Recenzje, recenzje, recenzje... Dobry sposób na trening pisania i przy okazji na uporządkowanie swoich myśli oraz poglądów na temat niektórych utworów. Piszę recenzje właściwie wszystkiego. Głównie książek, ale też filmów i komiksów. Dzisiaj chciałem właściwie napisać recenzję innego bloga, który bardzo przypadł mi do gustu, ale wstyd się przyznać nie udało mi się go znaleźć. Może innym razem.
Dzisiaj o "The Avengers - filmie."

poniedziałek, 24 grudnia 2012

"Radio Pezet" recenzja

Jest wigilia, najważniejszy podobno dzień świąt Bożego Narodzenia (nie wiem, czy to się pisze dużą literą, ale za żadną cholerę nie chce mi się sprawdzać.) O czym by tutaj, dzisiaj napisać. Aha, jakiś czas temu spodobała mi się płyta Pezeta. Nie spodziewałem się tego, bo po pierwsze, nie lubię rapu, po drugie, nienawidzę polskiego rapu, a po trzecie, w jedynym kawałku w jakim go słyszałem ("Otwieram wino ze swoją dziewczyną,") zrobił na mnie mizerne wrażenie.

środa, 21 listopada 2012

Sasha Baron Cohen próbuje zszokować: Dyktator

Nie jestem fanem, bo w ogóle nie zdarza mi się być niczyim fanem. Za to jestem dużym zwolennikiem Sashy Barona Cohena. Ten niezwykle utalentowany aktor i nadzwyczaj inteligentny człowiek często jest opluwany i obrzucany gównem, które też, według wielu ludzi, produkuje. Moim zdaniem, w jego wypadku tworzenie produkcji dalekich od czystości estetycznej jest kwestią wyboru.
Czy to, że obsceniczne i wulgarne rzeczy powstają celowo, a nie przypadkiem czyni je dobrymi?

środa, 24 października 2012

Recenzja 1Q84

Wchłonąłem na raty całą trylogię Japończyka Haruki Murakami - dziwne i enigmatyczne 1Q84. Po pierwszych dwóch częściach byłem zachwycony, po trzeciej mam mocno mieszane uczucia. Ostatni tom, niestety, równie mocno mi się podobał co znudził.
1Q84 trzyma w napięciu jak dobry kryminał. Tyle tylko, że w kryminale do końca nie wiadomo kto zabił, a tutaj o co chodzi... Cykl najeżony jest niesamowitymi zdarzeniami z pogranicza jawy i fantastyki. Pojawiają się teoretycznie mogący istnieć, ale mało prawdopodobni ludzie. W całej książce duże znaczenie mają tajemniczy Little People, których pochodzenie, cechy, ani funkcje nie zostają do końca wyjaśnione.

czwartek, 11 października 2012

Przereklamowani "Nietykalni"

Przeglądałem bloga i z lekkim zdziwieniem zauważyłem, że zamieściłem na nim tylko jedną recenzję filmu. Ja filmomaniak, filmofil, kinoholik (może ostatnio na lekkim odwyku, ale jednak) mam tylko jedną recenzję obrazu kinowego. Trzeba to zmienić. Opiszę "Nietykalnych." W odróżnieniu od większości recenzji jakie można przeczytać w sieci, nie będzie to jednoznaczna pochwała.

piątek, 28 września 2012

Segreguj notatki podczas pisania

Niemalże w każdym poradniku dotyczącym pisania, który przeczytałem albo przynajmniej przejrzałem, znajdowała się porada odnośnie zapisywania wszystkich pomysłów, którzy Ci przychodzą do głowy. Pisarz powinien dwadzieścia cztery godziny na dobę mieć przy sobie notatnik. 
Spotkałem się z legendami o upchanych po kieszeniach karteczkach z niejasnymi gryzmołami, które z czasem przemieniają się w wartościowe opowiadania. Czytałem o tekściarzu komediowym, który trzymał koncepcje żartów w posegregowanych według kategorii pudełkach po butach.
Evernote to właśnie takie zdygitalizowane pudełka na buty.

piątek, 21 września 2012

"Wahadło Fauocolta" i "Cmentarz w Pradze" - recenzja porównawcza.

Jak na recenzję, ta będzie niestandardowa, omówię dwie książki na raz. Lata temu, jeszcze w liceum, przeczytałem "Wahadło Foucaulta" Umberto Eco. To taki Dan Brown, dla intelektualistów. Wielki, ogólnoświatowy spisek, w którym biorą udział absolutnie wszystkie osoby, kiedykolwiek posądzane o jakiekolwiek spiskowanie. Cała masa odniesień do kultury, historii, sztuki i innych powszechnie zapomnianych dziedzin.

poniedziałek, 3 września 2012

Recenzja na zbyt dużym luzie.

Empik wydał jakiś czas temu zbiór opowiadań na dwudziestolecie swojej działalności, albo światowy dzień książki, albo coś w tym rodzaju... Tak na prawdę nie pamiętam jaki tytuł nosi ten cieniutki wolumin, ale nie do końca mi to przeszkadza. Nie pamiętam też nazwisk wszystkich pisarzy, którzy udostępnili swoje dzieła do tej antologii, co prawdopodobnie będzie przeszkadzać im jeśli trafią na tę recenzję, ale ja mam to odrobinę w dupie (Ach, te zalety pisania anonimowego bloga. Muszę kiedyś zacząć prowadzić innego pod prawdziwym nazwiskiem i sprawdzić czy będę się bawił równie dobrze.)
W każdym razie: książka, której tytuł pamiętam co najwyżej mgliście zrobiła na mnie pozytywne wrażenie.

1. Opowiadanie Jacka Dehnela, który podobno prywatnie i zawodowo jest przekotem - robi tysiąc pięćset rzeczy na minutę i wszystko mu wychodzi (tak naprawdę obstawiam, że robi milion rzeczy na minutę, a wychodzi mu tylko tysiąc pięćset.) Ciekawy pomysł jeśli ktoś interesuje się legendami narodów świata. Jeśli nie, utwór wyda mu się stekiem nadętych bzdur. Za wadę opowiadania można poczytać to, że jest lekko przeintelektualizowane i trąci hipsterstwem (jak również zdjęcie Dehnela na tylnej okładce.) Co do jego treści, to zdradzę tylko, że cała historia dzieje się w niedalekiej przyszłości i ma jakiśtam związek z rycerzami z pod Giewontu.

2. Małgorzata Kalicińska. W połowie jej opowiadania zorientowałem się, że z przyjemnością czytam romans... What de fuck? Ja, romans? Przyjemność? Jakoś mnie wciągnęło i wchłonąłem z przyjemnością, ale jak to z reguły bywa z romansami, nie było tam właściwie żadnego pomysłu, żadnych ciekawych postaci, dobrych opisów. Tylko uczucia, uczucia, uczucia i jeszcze raz uczucia. Jeśli jesteś panią domu po pięćdziesiątce będziesz wniebowzięta.

3. Opowiadanie pierwszego gościa, którego nazwiska nie pamiętam. Myślałem, że o podróżach w czasie przeczytałem już wszystko, a tu proszę... Niespodzianka. Ciekawy pomysł, dużo fajnych opisów, przyjemny przygnębiający klimat, główny bohater, który jest umiarkowanym skórwysynkiem. Pointa opowiadania na pograniczu oklepania, ale kogo interesują pointy?

4.Opowiadanie drugiego gościa, którego nazwiska nie pamiętam. Realistyczne, wciągające i przede wszystkim z ciekawą konstrukcją. Historia dzieje się na przestrzeni bodajże pięćdziesięciu lat - czytelnik spotyka się z bohaterem w ten sam dzień, co lat chyba dziesięć. Przy okazji można liznąć trochę historii PRL, autor bardzo fajnie wprowadza nas w świat kolejnych etapów Polski Ludowej. Pointa też pozostawia wiele do życzenia. 

5. Beata Pawlikowska. Taka o bajeczka w tropikach. Blondynka niespodziewanie przenosi się do meksykańskiej dżungli razem z trzema realnymi, ale martwymi gośćmi i jednym wymyślonym. Jest ich przewodniczką, maja uratować ludzkość. Lekko naiwne, ale urocze więc można wybaczyć. Pani Beato... Wybaczam!

Taguję tego posta nie tylko jako recenzję, ale także jako "jak pisać," żeby każdy kto tylko chce mógł się dowiedzieć jak nie pisać recenzji. 

piątek, 10 sierpnia 2012

Jak zostać geniuszem.

"Myśleć jak Einstein" to tytuł z serii jak w pięć minut zostać sławnym, bogatym i mądrym (w tym wypadku należy podkreślić ostatnie słowo.) Wprawdzie uważam, że warto czytać poradniki. Większość z nich to faktycznie chłam i pseudonaukowe gaworzenie, ale można znaleźć kilka o naprawdę wysokiej wartości edukacyjnej. "Myśleć jak Einstein" Scotta Thorpa do tych ostatnich nie należy. 
Przede wszystkim tytuł sugeruje (przynajmniej moim zdaniem,) że nauczymy się z książki jak zwiększyć swoją inteligencję. Tymczasem jest ona swojego rodzaju podręcznikiem kreatywności, w którym Albert Einstein pełni rolę czysto marketingową. Należałoby się spodziewać, że autor pisząc książkę z nazwiskiem sławnego fizyka w tytule i jego twarzą na okładce będzie sięgał po badania nad jego psychiką (Einsteina,) czy pośmiertne skany mózgu. Tymczasem Thorpe jedynie wtrąca, że Einstein zrobił to, znalazł się w takiej a takiej sytuacji. Często są powszechnie znane, obiegowe wręcz historie z biografii. 
Czytając tę książkę miałem wrażenie, że autor nie bardzo zna się na kreatywności. Znaczy pisze mniej więcej to samo co inni eksperci zgłębiający temat, ale rażący jest brak jakichkolwiek badań stojących za jego technikami. Miałem wrażenie jakby autor zwyczajnie pisał co mu się wydaje, a później dorzucał pozornie potwierdzającą jego tezę historyjkę z Einsteinem. 
Poza tym niektóre techniki są zadziwiająco podobne do tych proponowanych przez Edwarda de Bono. Tak wiem De Bono to, de Bono tamto. Gdyby kreatywność była bogiem to De Bono byłby Chrystusem i tak dalej... Część ćwiczeń i metod jest moim zdaniem chamsko zerżnięta i lekko przedefiniowana żeby w pierwszym momencie brzmiały jak coś innego. Możliwe nawet, że Thorpe korzystał z technik De Bono żeby je splagiatować.
Czy książka jest zupełnie do dupy? Nie jest. Autor średnio co dwie strony powtarza, że ty też możesz myśleć jak Einstein i osiągnąć wszystko. Pomimo, że jego techniki cię tego nie nauczą takie gadanie ma wysoką wartość motywacyjną. Poza tym każdy akapit zaczynają bardzo ciekawe, a często zabawne cytaty ze znanych ludzi. To tyle pozytywnych stron.

sobota, 4 sierpnia 2012

Siedmiu żołnierzy zwycięstwa

Przeczytałem niedawno "Seven Soldiers of Victory," komiks Granta Morrisona. Nie mam bladego pojęcia czy został on przetłumaczony na nasz język więc ciężko mi ocenić czy ta recenzja będzie w jakikolwiek sposób przydatna. I tak ją napiszę:) Może ktoś skusi się na sięgnięcie po angielska wersję.
Przede wszystkim konstrukcja. Żołnierze zwycięstwa nie mają charakterystycznej budowy komiksu - pojawia się problem, pojawia się bohater, bohater ma kryzys, bohater go przełamuje by rozwiązać problem. Zamiast tego tworzy go siedem odrębnych, liczących po cztery odcinki, historii, złapanych w klamry przez swojego rodzaju prolog i epilog. Każda z nich śledzi losy innego supergieroja. We wszystkich występuje jeden wróg, ale oprócz tego, pozornie, mają one mało ze sobą wspólnego. Czasem się zdarzy, że w opowieści o jednym bohaterze zjawia się drugoplanowa postać znana nam z odcinków mówiących o zupełnie innym. Czytelnik ma dodatkową przyjemność ze śledzenia i wypatrywania tych smaczków, których jest całkiem sporo. Niestety bardzo podobnie trzeba się dopatrywać sensu całego cyklu. Jego fabuła jest jak puzzle na wysokim stopniu zaawansowania. Myślę, że nie każdemu uda się ją zrozumieć. Czy ja zrozumiałem? Coś tam zrozumiałem, ale wydaje mi się, że kilka elementów układanki pozostało poza planszą.
Po drugie: postmodernizm. Morrison słynie z tego, że wprowadza do swoich opowieści elementy absurdu i surrealizmu. Jego postacie często są świadome bycia częścią komiksu (np. w innym cyklu "Animalman," główny bohater dowiaduje się, że zginęła cała jego rodzina bo autorowi zdechł kot.) W siedmiu żołnierzach pojawia się chłopiec, który widzi myśli innych jako unoszące się nad ich głowami dymki z napisami. Gdzie indziej w tej zawiłej historii dziecięcy bohater informuje, że musi zabrać na akcję psa, bo ma zakontraktowaną jego obecność w każdym docinku. Grant Morrison ma wyjątkowy talent do wykrzywiania, w pozytywny sposób, wszystkiego czego się dotknie. Zachowuje patos charakterystyczny, dla amerykańskich komiksów, a jednocześnie bawi się, puszcza oko, wyolbrzymia i tak już napompowane nieścisłości Universum DC, a czasem sięga po alternatywne formy przekazu - jak wpleciony między kratki fragment gazety.
Po trzecie: Rysunki. Przy tworzeniu S.S.V. współpracowało kilku różnych artystów. Można więc nacieszyć oko rozmaitością stylów, kresek i kolorystyki. 
Jeśli ktoś nie lubi komiksów nie polecam. Jeśli ktoś lubi postmodernizm, ale nie lubi komiksów, nie polecam. Jeśli ktoś lubi komiksy, ale bez całego postmodernistycznego pierdolenia, nie polecam. W innych wypadkach jak najbardziej. 

poniedziałek, 2 lipca 2012

"Inne pieśni" - niezwykłe śpiewy niezwykłego pieśniarza.

To nie jest recenzja, ale pełen zachwytu pean pochwalny. Nigdy wcześniej nie czytałem żadnej książki na tym poziomie. Oczywiście wiele książek mnie porwało, wciągnęło, zainteresowało, poszerzyło horyzonty, ale jeszcze nic nie wywarło na mnie aż tak dużego wrażenia. 
Dukaj konstruuje świat od podstaw, od praw fizyki. Dosłownie bawi się w boga. Czytając "Inne pieśni" miałem wrażenie, że autor przed przystąpieniem do pisania spędził długie miesiące na układaniu zależności między formą, materią, morfą. Zdawało mi się, że opracował całą naukę świata, u podstaw opartego na pięciu żywiołach (w powieści znajdują się przecież wzmianki o odpowiedniku tablicy Mendeleyewa.) 
Kiedy czytałem "Inne pieśni" jadąc tramwajem miewałem przeświadczenie, że oddziałuję swoją aurą na innych. Przestawiałem się z zasad naszego świata, na zasady obowiązujące na kartach książki. Co świadczy albo o sugestywności pisarstwa J.D., albo o mojej wybitnej słabości psychicznej.
Oczywiście ta powieść to nie tylko egzotyczna magio-nauka. Są także fascynujące relacje międzyludzkie, podróże (takie zwyczajne, bez pierścienia i wulkanu,) realistycznie opisane kampanie wojenne oraz rozsądna ilość filozofii.
Dukaj swoją klasą broni fantastyki jako gatunku niepopowego przed naporem wszelkich zakochanych wampirów, pryszczatych czarodziei i wróżek żyjących w torebkach nastolatek. Pokazuje, że powieść fantastyczna może być książką niezwykle dobrą. 
W ogóle się nie zdziwię jeśli ten facet dostanie kiedyś Nobla.

wtorek, 26 czerwca 2012

Wszystkie odloty Cheyenna i inne filmy uroczo popieprzone

Wczoraj obejrzałem przed snem "This must be the place," film który przez polskich dystrybutorów zatytułowany został "Wszystkie odloty Cheyenna." Lubię takie obrazy. Nie do końca wiadomo o co w nich chodzi, ani dlaczego zostały nakręcone (możliwe, że z czystej potrzeby twórczej reżysera i jego współpracowników, co się oczywiście chwali.) Nie ma sztampowej fabuły. Co chwilę zaskakują zwroty akcji. Zaskakują między innymi dlatego, że są surrealistyczne.
Zblazowany rockman okazuje się najpierw spokojnym, normalnym wewnątrz człowiekiem, a później Żydem. Śmierć ojca ściąga go do Stanów Zjednoczonych, a otrzymany w spadku pamiętnik zachęca do polowania na starego nazistę. 
Cheyenne (główny bohater) przemierza Amerykę z niespecjalnym entuzjazmem, jakby z nudów tropiąc wojennego zbrodniarza. Postać muzyka jest roztrzęsiona i zagubiona (ale genialnie wręcz skonstruowana przez Sean'a Pean'a.)
Zachwycają nierozwiązane wątki (całkowity brak poszukiwań Tonny'ego, porzucony motyw domniemanej zemsty właściciela Pick up'a) oraz kompletnie absurdalne sceny - pojawienie się Bizona za oknem, przebiegający gruby facet w stroju superbohatera. Film jest inny. Według mojej osobistej klasyfikacji zalicza się do gatunku filmów uroczo popieprzonych. 
Filmy te tropię, wypatruję ich i z reguły jestem w stanie rozpoznać po obejrzeniu trailera. Charakteryzuje je dziwaczny, nadwrażliwy główny bohater, niestandardowa fabuła (myślę że wszyscy aż zbyt dobrze wiedzą czym standardowa fabuła jest) oraz nietuzinkowe poczucie humoru.
Filmy uroczo popieprzone, które jak na razie obejrzałem to "Breakfast on Pluto" - historia  irlandzkiego transseksualisty; "The extraman" - miejskie przygody starego i młodego żigolaka (młody zresztą, podobnie jak bohater pierwszego filmu, lubi się przebierać w damskie ciuchy) oraz "Little miss sunshine." W tym ostatnim rolę dziwacznego bohatera pełni rodzina, w całości poskładana z ciekawych indywiduów. 
Waham się czy do worka filmów uroczo popieprzonych wrzucić też "Broken flowers" i "Foresta Gumpa." Pierwszy nie do końca do nich pasuje ze względu na negatywną, niemalże złą postać stworzoną przez Billa Murray'a; drugi ze względu na nazbyt dużą popularność.
Bardzo lubię te uroczo pieprznięte filmy (i pewnie nie tylko ja,) ale czy chciałbym żeby było ich więcej? Nie, nie chciałbym.

W ramach treningu zarysowałem fabułę własnego filmu uroczo popieprzonego.